25 października wyruszamy w Beskid Sądecki. Mamy zamówiony nocleg w prywatnym schronisku na Eljaszówce w przysiółku Magury. Jest to wyjazd towarzysko-kontemplacyjny. Miał być jeszcze "muzyczny", ale nie mogliśmy znaleźć muzyka. Znajomego z Kudłaczy nie dało się odnaleźć, Jano czyli Jasiu Mościcki odmówił, a Rudy twierdził, że przestał grać. Tak więc w piątek popołudniem krążymy po niezliczonych drogach Eliaszówki, aby w końcu zajechać na Magury. W małej chałupce mieści się jadalnia, a w stodole sypialnia. Jest też wiata z miejscem na ognisko, gdzie wieczorem urządzamy imprezę otwarcia. Na drugi dzień jedziemy do Lubowli. Zwiedzania zamku uniemożliwia nam cena tej przyjemności w euro, którego mamy zaledwie na parę piw w knajpie koło rynku. Za powrotem u podnóża Eliaszówki spotykamy Rudego. W czasie wieczornej imprezy chcemy go zintegrować, ale udało nam sie tylko go opić. Rankiem następnego dnia koło południa żegnamy Rudego, a sami jedziemy na Obidzę, aby na tarasie tzw. bacówki pić piwo z widokiem na całe pasmo Jaworzyny i nie tylko.

Powrót